Blog
in-and-outside
ziem bez ziemi
8 obserwujących 53 notki 46083 odsłony
ziem bez ziemi, 31 lipca 2015 r.

Nevada, Kalifornia, wodospady, jeziora i niedźwiedzie

567 7 0 A A A
Tahoe
Tahoe

Po spalonej słońcem pustynnej włóczędze wita mnie cud Nevady. Olbrzymie górskie jezioro Tahoe. Woda wciąż jeszcze świeża, czysta i przezroczysta. Można pić i pływać jednocześnie. Jednakże wpadła mi do ucha złowieszcza informacja, że nie zawsze tak będzie... W wolnym procesie nanoszenia różnego rodzaju osadów i odpadów, jezioro zostanie nieodwracalnie zabrudzone, woda zmętnieje, z czasem zgęstnieje a może i zniknie. Sprawiedliwa matka natura tworzy piękne rzeczy raz tu raz tam. Aby tam kiedyś było możliwe, musi zniknąć tu.

Niemniej jednak, korzystając z uroków obecnego i chwilowego stanu jeziora, pluskam się, tak często jak mogę. Przechadzam się po wspaniałych piaskowo-kamiennych plażach, oddycham wspaniałym powietrzem. Plaż mnóstwo, ukryte i odsłonięte. Ukryte witają skrywanymi tajemnicami, odsłonięte wspaniałymi warunkami do wylegiwania się w towarzystwie innych wypoczywających.

Jest plaża sekretnego zakątka, ukryte wspaniałe zakole. Jest plaża kominkowa, zbudowano tam komin i piec, gdzie można coś usmażyć. Jest plaża wielorybów, gdzie wielkie głazy przypominają zastygłe w rożnych pozach wieloryby... I wiele, wiele innych.

Tak się szczęśliwie złożyło, że miałem okazję wędrować po wielu ucywilizowanych i dzikich zakątkach USA. Niemniej jednak, nawet w tych bardzo dzikich, pełnych wilków i niedźwiedzi, a czasem nawet górskich lwów, nie miałem okazji spotkać misia (poza Alaską, ale to były dwie czarne poruszające się kropki). Udało się w miasteczku South Tahoe, gdzie miś wdrapał się bardzo wysoko, na najwyższe drzewo, na środku dużego kampingu.

Zagaduję strażnika leśnego, który przyjechał na interwencje:

- i co zejdzie ?

- zejdzie, nie wiadomo kiedy, może za kilka godzin, jak poczuje się bezpiecznie, nic tu po mnie.

Więc miś krążył na wysokości 30, może 40 metrów wkoło pnia, przyglądając się gapiom na dole. Kiedy zszedł, nie wiem. Zaskoczył mnie swoim sprytem. Nie wiedziałem, że duże misie, mogą tak wysoko się wspinać... Więc jak widzimy misia, to nie wspinamy się na drzewo, tylko spokojnie się oddalamy, lub jak jest niebezpiecznie, kładziemy się na ziemię i udajemy trupa.

Kilka dni później spotkałem kolejnego młodego misia. Tym razem na szlaku w Yosemite NP. Ten udawał, że mnie nie zauważa i szukał czegoś w powalonych drzewach. Pewnie owadzich przysmaków.

Jezioro Tahoe, częściowo leży w Kalifornii. Jadąc z Nevady, jest jak brama zapowiadająca kalifornijskie wspaniałości. Kolejny przystanek Yosemite NP. Jeden z wielu sławnych ze swojej roślinności, krajobrazów, zwierząt, szczytów, wodospadów, jezior, park. Sznur samochodów przed bramą do parku, oraz informacja w przewodniku, że bookować miejsca na kampingach należy z półrocznym wyprzedzeniem, zapowiada tłok i trudności ze znalezieniem noclegów.

Ale jak to często w życiu bywa, mam szczęście. Miejsce na namiot znajduje, nawet zapraszam do siebie uroczą parę młodych amerykano-meksykanczyków (indywidualne miejsca na kemping są bardzo duże, bo przewidziane na całą rodzinę i wielki samochód typu Kamper). Oni przyjechali za późno i miejsc już nie było. W ramach wdzięczności zapraszają mnie na swoje pyszne śniadania i kolacje. Mniam, mniam, puszki z Wolmartu na później ;).

Idę w górę, stromo, na szczyt najwyższego wodospadu. Cienki, ale niezmiernie długi. Ponad 5 kilometrów bezustannego marszu w gorę. Droga wije się kamiennymi zygzakami udając schody. W połowie nawet chcę rezygnować, ale coś mnie ciągnie. Uczepiony „liny” odkrywcy prę naprzód. Na górze cudownie. Wodospad zanim runie w wysokości ponad 700 metrów, wypełnia kilka małych, lecz bardzo głębokich, oczek wodnych. Woda spaniała, ludzie się kąpią, skaczą i krzyczą z radości. Kilka kroków dalej jest krawędź świata. Woda spada w dół. Siadam i zatapiam wzrok w górach, które zdają się poruszać i płynąć jak woda w strumieniu. Raz za razem skaczą przede mną piękne koliberki. Wynurzają się i giną za krawędzią.

Obmyty wspaniale czystymi i odświeżającymi wodami Tahoe i Yosemite, ruszam nad Ocean. Docieram, ale mam poważne opory aby wejść do wody. Wydaje się gęsta, brudna, nie pachnie zbyt ładnie. Wchodzę tylko raz, na chwilę. Wybrzeże poszarpane klifami, czasami niewielka piaszczysta plaża, pokaźne pagóry. Jadę HYW 1 z San Francisco do LA. Na nocleg zatrzymuję się w przypadkowych miejscach. Plaża ze strumieniem wpływającym do oceanu wydaje mi się najlepsza, można popływać w czystej, lecz zimnej wodzie.

W małym miasteczku San Luise Obispo mam okazję poznać okolicę oprowadzany przez jednego z mieszkańców. Artysta u którego zatrzymałem się na Airbnb. Pokazuje mi, jedyną w swoim rodzaju ulicę. Mówi, że może nawet jedyna taka na świecie. Widzę i wierzę mu. Uliczka na całej długości gęsto oblepiona gumami do żucia... Taka lokalna tradycja. Nikt nie wie jak i kiedy się to zaczęło, ale było o tym nawet w National Geographic...

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

co by nie napisać i tak nie byłoby to zgodne z rzeczywistością...

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • @PANNA WODZIANNA wybuchnie bez wątpienia, za jakiś czas. Tylko do tego momentu zdarzy się...
  • @KRZYSZTOF J. WOJTAS Czasem zbliżam się do 70 , czasem do 7, zależy od tego co dookoła i w...
  • @Autor Witam, Mam sugestię techniczną. Może warto aby w powyższym programie, nicki/nazwy...

Tagi

Tematy w dziale Rozmaitości