Blog
in-and-outside
ziem bez ziemi
8 obserwujących 53 notki 45524 odsłony
ziem bez ziemi, 15 września 2016 r.

Japonia w świętych popiołach Fuji

332 2 0 A A A
8.5 stacja

Lądujemy w Japonii, 6 rano, wszystko załatwione, ma być gładko i przyjemnie. Samochód na 10 rano, wyjazd na górę Fuji, docieramy koło południa, relaks i przygotowanie do wspinaczki dnia następnego. Teoria. Teraz praktyka. Na powitanie mocny cios w podbrzusze, złe prawo jazdy, nie mogę legalnie prowadzić. Mamy jeszcze tajwańskie, ale trzeba przetłumaczyć na japoński. Wyprawa pociągiem do sąsiedniego miasta, tłumaczenie w biurze, wizyta na komisariacie, powrót na lotnisko, godzina 17. Zmęczeni i lżejsi o 60$... Wszyscy mili, pomocni i przejmujący się naszym nieszczęściem.

Zmiana planów, ale jedziemy w stronę świętego wulkanu Fuji. Droga koszmarnie stresująca, trzeba jechać lewą stroną, wspinać się na serpentyny, przebijać tunelami. Opłata za opłatą, zła droga, irytacja i zmęczenie wzrasta. Mam dość Japonii. Wracamy na Tajwan, tam jest tak wspaniale. Odganiam myśl, ale bezradność powraca, porwani wirem tokijskich autostrad, prowadzeni przez GPS, tracimy wiarę w zdobycie Fuji.

Docieramy nocą, opłaty drogowe okradły nas na 60-70$. Jest późno, parkujemy, rozkładamy siedzenia, śpimy w samochodzie. Krótki i niewygodny sen. Wstajemy 5 rano, jedziemy na 5 bazę góry Fuji, 2000mnpm. Parkujemy. Kolejny prztyczek w nos. Sklep, restauracja, informacja turystyczna, publiczna toaleta, nigdzie nie ma wody do picia... Trzeba kupić, 2.5 litra za 10$.

Dwie nieprzespane noce, brak wystarczającego prowiantu, ale ruszamy. Znak mówi, że przed nami 7 godzin wspinaczki na krawędź krateru, 3776 mnpm. W tej chwili nie zastanawiam się czy dojdę. Po prostu idziemy. Głos kobiety z mikrofonu ostrzega, że trzeba być wypoczętym, wymienia symptomy choroby wysokościowej, jak się pojawią, to zawracaj. Mamy kolejno do pokonania, 6, 7, 8, 8.5, 9 i 10 stację. Z perspektywy, mam wrażenie, że droga między stacjami trwała całe dnie.

Jest ciężko, przy 8 stacji, trochę ponad 3000 mnpm, przychodzi pierwszy poważny kryzys. Od tej pory nie wiem czy dojdziemy. Każdy kolejny krok to zagadka, czy będzie w górę, czy w drogę powrotną. Tu trochę czekamy, zamykamy oczy, wyruszamy w głąb siebie, serce zwalnia, tlen dociera do mózgu, powraca lepsze samopoczucie. 15 minut, otwieram oczy, w mojej wiadomości jest tylko obecne miejsce i wisząca powyżej stacja 8.5.

W górę, ciężko, ciężko. Krok za krokiem. Towarzyszy nam sporo innych piechurów. Jutro oficjalnie zamykają okres wspinaczkowy na Fuji, dyszą, odpoczywają, przystają, inni dzielnie idą.

Na stacji 8.5, 3450 mnpm, znak mówi, że jeszcze godzina wspinaczki, twarze ludzi, że znacznie więcej... Tak blisko, a tak daleko, jestem jeszcze mniej pewien, czy dojdę. Mam wrażenie, że z każdym krokiem oddalam się od szczytu. Święta góra nie wpuszcza każdego. Tu już nie chodzi o to aby tam wejść, alegoria życia, w skupieniu podążać do celu, bez stresu osiągania.

50 metrów przed szczytem muszę się zatrzymać, 25 metrów przed szczytem, muszę się zatrzymać... Uspakajam oddech, kilkadziesiąt ostatnich kroków, siadamy na krawędzi krateru Fuji. 7 godzin w górę, krótka medytacja w niepojętym majestacie potęgi sił natury, trzeba ruszać w dół.

Droga powrotna wije się innym szlakiem. Pojazdy gąsienicowe wyrzeźbiły drogę powrotną w popiołach i lawie wyrzuconej z krateru. Niemal idealny stożek, bez czubka. Idziemy brnąc w popiele. Trochę jak wędrówka po kopalni odkrywkowej, żużel, żużel, żużel, serpentynami w dół.

Zatrzymujemy się na dwa dni w gościnie u szacownego mieszkańca wysp, noszącego zaszczytny tytuł Roshiego. Wspaniała gościna, gorące źródła, święta Fuji wynagrodziła wysiłek po 100 kroć !

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale Rozmaitości